7.8.09

Karagandskoje

Pijemy, pijemy codziennie od chwili przekroczenia kazachskiej granicy. Schlodzone, cieple, na plazy czy na kolejowej stacji. Karagandskoje jasne i ciemne. Karagandskoje w Karagandzie.

Od czasu pociagu relacji Atyrau- Aktau ucze sie cierpliwej wegetacji. 20 godzin w plackartnym to juz jak wycieczka z Warszawy do Radomia, czas mija niepostrzezenie na spaniu i gapieniu sie w okno na nadal bezkresny step. Nasi wspoltowarzysze to dzieci wracajace z wakacyjnego obozu, ciekawe pary podroznych z Wielkiej Brytanii czy Polski, dla nich to i tak zadna roznica. Na pozegnanie machamy.

Do Olki i Macka dolaczamy nad Morzem Kaspijskim. W Aktau nareszcie jest chlodno, pochmurno i pada deszcz. Woda lodowata. Miasto nie robi wrazenia, typowo post-sowiecki kurort z olbrzymimi pomnikami przy reprezentacyjnej promenadzie. W osiedlowym barze przysiada sie do nas, dajmy na to, Jura. Jura, emerytowany bokser, z nutka melancholii wspomina jak to kiedys wpierniczyl Michalczewskiemu i stawia nam pol litra. Wodka rozgrzewa.

W Kazachstanie, jak i chyba w wiekszosci panstw bylego Zwiazku Radzieckiego istnieje bezsensowny obowiazek rejestracji, do 5 dni od przekroczenia granicy. Inaczej sztraf i zakaz wjazdu. Spedzamy wiec slodkie 7 godzin na posterunku policji, wybierajac droge zgodna z litera prawa (na inne "rozwiazania" nie mamy juz kasy). Zmudne wypelnianie ankiet, potem pobieranie odciskow palcow i zdjecia w stylu amerykanskiego kryminalu i to wszystko tylko po to, by dostac jedna glupia pieczatke.

Ostatnia nadkaspijska noc spedzamy w naszym palatku palace. Wieczor obfituje w ciekawe spostrzezenia: 1. fakt, ze wylegujesz sie na plazy wcale nie znaczy, ze nie bedziesz musial ustapic drogi nacierajacemu stadu krow. 2. nietrafnym pomyslem jest wycieczka nad morski brzeg miejskim autobusem, poniewaz dosc latwo jest zakopac sie w piasku. Jeszcze gorszym- wzywanie na pomoc kolegi z pracy. Kiedy rano zwijalismy nasz namiot, panom nadal nie udalo sie ruszyc z miejsca swoich maszyn.

Kolejna zmiana czasoprzestrzeni, ponad poltora tysiaca kilometrow wglab kraju, dwie doby wsluchiwania sie w jednostajny stukot kol na szynach. Jazda co jakis czas przerywana postojami na stacjach posrodku niczego; puste perony w okamgnieniu zamieniajace sie w gwarliwy bazar. Kobiety o zlotych zebach rzadza na swoich mikroskopijnych straganikach, gdzie obok miejscowych przysmakow (bulkowatej samsy i pierozkow zwanych mantami) mozna znalezc podpaski na sztuki czy karty do gry. Wraz z odjazdem pociagu zycie na dworcu zamiera.

Po niekonczacych sie partyjkach w makao docieramy do Astany. Miasto - widmo, zupelnie jak z filmu "Powrot do przyszlosci". Puste ulice i my przechadzajacy sie wsrod futurystycznych drapaczy chmur, ginacy w szerokich parkowych alejach. Twor olsniewajacy i rownoczesnie do bolu sztuczny. Nic dziwnego, ze mimo staran rzadu nie ma wielu chetnych do zaludniania nowej stolicy. My tez zawijamy sie po jednej nocy na taniej kwartirze i wizycie w ambasadzie Kirgistanu.

Karagandskoje w Karagandzie. Od kilku dni koczujemy u Zhandosa z Hospitality Club czekajac na nasze wizy. Oprocz nas mieszka tu rowniez Antoine z Poitiers, ktoremu oprocz gloszenia swej milosci do ekologii i ojczyzny (niespodzianka) udalo sie przepic naszych polskich chlopakow. Czuje sie troche jak w domu, pelen luz, dlugie poranki i dlugie wieczory przy czaju z mlekiem. Eksploracja okolicy jest leniwa; dopiero po wycieczce do pobliskiej Dolinki, centrum dowodzenia niegdysiejszego KarLagu uswiadamiam sobie tragiczne poczatki miasta. Karaganda to przeciez dziecko tego ogromnego gulagu, od podstaw zbudowana przez zeslancow.
Jak co wieczor w gramofonie zacina sie plyta Abby, a ja dopijam juz chlodna herbate. Pora spac, bo przed nami kolejne setki kilometrow.

28.7.09

Obrazki z podrozy

Granica polsko- ukrainska. Atmosfera kryminalnego polswiatka; jako, ze nie ma przejscia pieszego, zabieramy sie z grupa panow co na Ukraine jada sobie "zatankowac". Kazdemu celnikowi trzeba dac kilka hrywien w lape, zeby nie spedzic kolejnych kilku godzin na bezsensownym czekaniu. Przejezdzamy; jak sie potem okazuje, weseli panowie zapominaja o naszych kartach do rejestracji, za co pokutujemy 20 dolarami na nastepnej granicy. Przez caly wieczor staramy sie zlapac jakiegos stopa, ale w koncu ladujemy na stolikach w nocnym barze.

Kijow. Wielkie miasto, pelne zycia, biedy i przepychu. Dojezdzamy tam tirem z boskim Grigorijem, dusza- czlowiekiem. Jak sie okazuje ukrainski jest podobny do polskiego, wiec komunikacja nie jest jakos specjalnie utrudniona. Nasz kierowca jest po studiach, ale robi to, co kocha. Ogladanie rodzinnych albumow i rozmowy o wszystkim. Zebysmy nie mieli klopotu, lamie zakaz, wjezdza do stolicy i wyrzuca nas pod metrem. Dwie noce spimy u Saszy; on caly dzien pracuje, wiec lazimy i zwiedzamy bez miejscowego przewodnika.

Donieck, rosyjskie miasto przygraniczne. Jasza i Ala zagaduja nas i tak trafiamy nad rzeczke, kapiac sie i popijajac Baltike 7. Potem lapiemy stopa z milicyjnego posta, gdzie pracuje znajomy Jaszy. Noc spedzamy w przydroznym motelu, jestem tak wykonczona ze zasypiam tracac swiadomosc. W srodku nocy budze sie w naszym pokoju bez okna, nie wiem gdzie jestem.

Do Wolgogradu dojezdzamy na dwa rzuty. Pierwszy - malzenstwo sportowcow zabiera nas do Morozowska, mamy wstapic do ich domu na czaj - na stole laduje wkustnyj obiad, pijemy piwo i gadamy tyle, na ile pozwala nasz rosyjski. Na droge dostajemu wino i swiety obrazek. Jestem pod wrazeniem ich religijnosci, widac, ze ta sfera jest dla nich wazna. Nastepnie zabiera nas Uzbek z Tadzykistanu, ktory przyjechal do Rosji na rabotu. Dopiero teraz do mnie dochodzi jakim tyglem narodowosciowym jest ten kraj. Spotykamy Czeczenow, Azerow, Zydow...

Astrakhan. Wreszcie prysznic, chociaz za 74 ruble. A mowili, ze w Rosji jest zimno... Gorac niesamowity, a noc na dworcowych lawkach nie nalezala do najbardziej relaksujacych. Dobra. Lecimy na dworzec, bierzemy bus na granice z Kazachstanem, skad chcemy lapac dalej stopa. Ladujemy posrodku stepu; decyzja - kontynuujemy podroz autokarem. Ciagle gonimy Macka i Ole, ktorzy wlasnie ruszyli nad Morze Kaspijskie. Przez 6 godzin podrozy od granicy nie widac zadnego miasta, tylko step.

Za godzinke lapiemy pociag do Aktau nad morzem. Wrazenia z Kazachstanu... Jadac przez pustkowia widzielismy prymitywne lepianki, wioski, kazda z niesamowitym cmentarzem. Atyrau, miasto gazu i ropy (tutaj litr za zlotowke) - widac, ze wielkiej biedy tu sie nie klepie. Zabudowania raczej nowe, blokowiska i promenada nad rzeka w zachodnim stylu. Mozna sie i napic piwka i wykapac. Po nocy na normalnym lozku jestem przeszczesliwa. Zobaczymy jak nam minie podroz plackarta bez otwieranych okien. To chyba bedzie hardkor, bo zar z nieba niesamowity.

15.7.09

un rêve sans titre
je m'envole