4.10.09


Osobisty zapis podróży po Kazachstanie, Kirgistanie i Tadżykistanie.
full screen polecany// a tutaj zdjęcia w lepszej jakości.

+ elektryzujący dreszczyk wyzwania

1.10.09

Wyścig z czasem

Zostało nam 20 godzin i 300 kilometrów do granicy. Wykonalne... niestety, tylko w teorii.

Pierwszą taksówką nie zajechaliśmy daleko - po trzech kwadransach lajtowej jazdy spod maski jeepa zaczął wydobywać się dym. Zerkam do środka... wszystko poklejone na poxipol. Siadamy w przydrożnej knajpie. Koleś, który od początku jechał z nami kupuje nam shorpę, zupę z baraniny i wraca z M. do Dushanbe w poszukiwaniu kolejnego transportu. Po jakimś czasie podjeżdżają czarną Wołgą, lekko weseli po kilku głębszych. Auto produkcji radzieckiej wzbudza tyle zaufania co wlekące się niemiłosiernie uaziki, ale bierzemy co się trafiło. Droga przez góry - standart - dużo kurzu i przepaście, od widoku których kręci mi się w głowie. Przerwa. Do obiadu Sponsi zamawia 1,5 litra. Trzy butelki robimy w tempie rekordowym. Nie chcę przesadzać, Tadżyk za to sobie nie żałuje - następnego dnia zaczyna się Ramadan. "Jutro już nie będę mógł" stwierdza wychylając kolejny toast.

Zachodzi słońce, a czasu coraz mniej. No i...Wołga zlamalas, zerwany pasek klinowy, koniec złudzeń. Jestem wkurzona, brak wizy to nie przelewki a chłopcy idą dalej w tango (dziwnym trafem znowu rozkraczamy się przy jakiejś przydrożnej knajpie). Kłótnia bez sensu, w końcu i tak siadam i zapijam smutki. Kierowca ogarnia pomoc; F. i M. idą spać, a pijany Sponsi zaczyna swoją tanią gadkę (pol-skie-dziew-czy-ny-naj-pięk-niej-sze-są). Wołga rusza. Koleś nie próżnuje, z przedniego siedzenia chce sobie poużywać, ale zamiast na mnie, trafia na Maciusia. Konsternacja i dziki rechot.

Na granicę docieramy dopiero o 6. nad ranem. Buda, szlaban, kilku celników i błąkająca się krowa. Za spóźnienie chcą po sto dolców od głowy, zapomnijcie, tego nie zapłacimy kartą mastercard. Ni stąd, ni zowąd pojawia się tajemniczy wędrowiec; to Francuz z jakiejś rządowej organizacji. Stara się nam pomóc metodami niekonwencjonalnymi tzn. bez łapówki ("Jak będziecie ich korumpować to nigdy się to nie skończy! Merde!" - cóż za idealizm). Efekt żaden oczywiście. Koczujemy na plecakach i bierzemy pograniczników na cierpliwość. I bosko - za pięciokrotnie niższą sumę przybijają nam pieczęć z wczorajszą datą.

Chwilę później jesteśmy z powrotem na słodkiej kirgijskiej ziemi, gdzie bez stresu przebywać możemy następne 96 godzin... i hop siup do Kazacha.
pinhole 2
ze stanu

25.9.09

Cztery powody

Patrząc dziś z perspektywy droga do Dushanbe była zabójcza.

1. Umieraliśmy ze śmiechu. Grubcio i Dziadek postarali się dla nas o rozrywkę z najwyższej półki. Pierwszy mówił do nas całą czas po rosyjsku z dołączając niemieckie końcówki (typu ich, mich, verpiss dich). Oprócz tego zniknął na dwie godziny na jednym z postojów tłumacząc, że poszedł odwiedzić ciocię. Chyba raczej jej zapasy, bo wrócił z wielkimi pakami jakichś dziwnych owoców. Drugi, Dziadek, miał bujny wąs i nie dawał sobie dmuchać w kaszę, palił mocne bez filtra zapijając Baltiką 9 (piwko co smakuje jak wódeczka). No i przede wszystkim jewo tawarisz byl w Maskwie!
2. Wtedy po raz pierwszy złapała mnie choroba lekkomyślnego turysty, co sanitizer wrzucił na dno plecaka. Na szczęście dzisiejsza medycyna czyni cuda i za przysłowiowe 9.99 wrócili mnie do życia.
3. Jeszcze do niedawna trasa ta była o połowę węższa, używana jedynie do transportów wojskowych (wtedy Khorog ze światem łączyło tylko małe lotnisko). Mijaliśmy porzucone czołgi i pola minowe. A za rzeczką (dziką i wzburzoną) był już Afganistan, można było dojrzeć przycupnięte na zboczach domki czy samotnego wędrowca z osiołkiem... Nęci, nęci.
4. Wytrzęsło nas równo. Wysiadając z auta głowę, łokcie czy kolana miałam na maksa poobijane. Do tego brak snu i do stolicy dotarliśmy totalnie wymęczeni.
Potem dowiedziałam się, że tydzień przed naszym przejazdem osunęły się tam skały i busik, pewnie taki jak i nasz, spadł i rozbił się. Zdecydowanie ta wiadomość nie była mi potrzebna wcześniej, szczególnie, że nasz kierowca nie był zwolennikiem ograniczenia prędkości do 50...

W mieście błyskawicznie dostaliśmy wizę tranzytową do Kirgistanu. Pożegnanie z O., ponieważ następnego dnia leciała już do Polski, a nam trzeba było dotrzeć szybko, szybko, szybko znowu na granicę. Krótki sen i o jakiejś chorej godzinie, koło siódmej, znowu wylądowaliśmy na kolejnym parkingu. I tam pojawił się Sponsi.