Zostało nam 20 godzin i 300 kilometrów do granicy. Wykonalne... niestety, tylko w teorii.
Pierwszą taksówką nie zajechaliśmy daleko - po trzech kwadransach lajtowej jazdy spod maski jeepa zaczął wydobywać się dym. Zerkam do środka... wszystko poklejone na poxipol. Siadamy w przydrożnej knajpie. Koleś, który od początku jechał z nami kupuje nam shorpę, zupę z baraniny i wraca z M. do Dushanbe w poszukiwaniu kolejnego transportu. Po jakimś czasie podjeżdżają czarną Wołgą, lekko weseli po kilku głębszych. Auto produkcji radzieckiej wzbudza tyle zaufania co wlekące się niemiłosiernie uaziki, ale bierzemy co się trafiło. Droga przez góry - standart - dużo kurzu i przepaście, od widoku których kręci mi się w głowie. Przerwa. Do obiadu Sponsi zamawia 1,5 litra. Trzy butelki robimy w tempie rekordowym. Nie chcę przesadzać, Tadżyk za to sobie nie żałuje - następnego dnia zaczyna się Ramadan. "Jutro już nie będę mógł" stwierdza wychylając kolejny toast.
Zachodzi słońce, a czasu coraz mniej. No i...Wołga zlamalas, zerwany pasek klinowy, koniec złudzeń. Jestem wkurzona, brak wizy to nie przelewki a chłopcy idą dalej w tango (dziwnym trafem znowu rozkraczamy się przy jakiejś przydrożnej knajpie). Kłótnia bez sensu, w końcu i tak siadam i zapijam smutki. Kierowca ogarnia pomoc; F. i M. idą spać, a pijany Sponsi zaczyna swoją tanią gadkę (pol-skie-dziew-czy-ny-naj-pięk-niej-sze-są). Wołga rusza. Koleś nie próżnuje, z przedniego siedzenia chce sobie poużywać, ale zamiast na mnie, trafia na Maciusia. Konsternacja i dziki rechot.
Na granicę docieramy dopiero o 6. nad ranem. Buda, szlaban, kilku celników i błąkająca się krowa. Za spóźnienie chcą po sto dolców od głowy, zapomnijcie, tego nie zapłacimy kartą mastercard. Ni stąd, ni zowąd pojawia się tajemniczy wędrowiec; to Francuz z jakiejś rządowej organizacji. Stara się nam pomóc metodami niekonwencjonalnymi tzn. bez łapówki ("Jak będziecie ich korumpować to nigdy się to nie skończy! Merde!" - cóż za idealizm). Efekt żaden oczywiście. Koczujemy na plecakach i bierzemy pograniczników na cierpliwość. I bosko - za pięciokrotnie niższą sumę przybijają nam pieczęć z wczorajszą datą.
Chwilę później jesteśmy z powrotem na słodkiej kirgijskiej ziemi, gdzie bez stresu przebywać możemy następne 96 godzin... i hop siup do Kazacha.
1.10.09
25.9.09
Cztery powody
Patrząc dziś z perspektywy droga do Dushanbe była zabójcza.
1. Umieraliśmy ze śmiechu. Grubcio i Dziadek postarali się dla nas o rozrywkę z najwyższej półki. Pierwszy mówił do nas całą czas po rosyjsku z dołączając niemieckie końcówki (typu ich, mich, verpiss dich). Oprócz tego zniknął na dwie godziny na jednym z postojów tłumacząc, że poszedł odwiedzić ciocię. Chyba raczej jej zapasy, bo wrócił z wielkimi pakami jakichś dziwnych owoców. Drugi, Dziadek, miał bujny wąs i nie dawał sobie dmuchać w kaszę, palił mocne bez filtra zapijając Baltiką 9 (piwko co smakuje jak wódeczka). No i przede wszystkim jewo tawarisz byl w Maskwie!
2. Wtedy po raz pierwszy złapała mnie choroba lekkomyślnego turysty, co sanitizer wrzucił na dno plecaka. Na szczęście dzisiejsza medycyna czyni cuda i za przysłowiowe 9.99 wrócili mnie do życia.
3. Jeszcze do niedawna trasa ta była o połowę węższa, używana jedynie do transportów wojskowych (wtedy Khorog ze światem łączyło tylko małe lotnisko). Mijaliśmy porzucone czołgi i pola minowe. A za rzeczką (dziką i wzburzoną) był już Afganistan, można było dojrzeć przycupnięte na zboczach domki czy samotnego wędrowca z osiołkiem... Nęci, nęci.
4. Wytrzęsło nas równo. Wysiadając z auta głowę, łokcie czy kolana miałam na maksa poobijane. Do tego brak snu i do stolicy dotarliśmy totalnie wymęczeni.
Potem dowiedziałam się, że tydzień przed naszym przejazdem osunęły się tam skały i busik, pewnie taki jak i nasz, spadł i rozbił się. Zdecydowanie ta wiadomość nie była mi potrzebna wcześniej, szczególnie, że nasz kierowca nie był zwolennikiem ograniczenia prędkości do 50...
W mieście błyskawicznie dostaliśmy wizę tranzytową do Kirgistanu. Pożegnanie z O., ponieważ następnego dnia leciała już do Polski, a nam trzeba było dotrzeć szybko, szybko, szybko znowu na granicę. Krótki sen i o jakiejś chorej godzinie, koło siódmej, znowu wylądowaliśmy na kolejnym parkingu. I tam pojawił się Sponsi.
1. Umieraliśmy ze śmiechu. Grubcio i Dziadek postarali się dla nas o rozrywkę z najwyższej półki. Pierwszy mówił do nas całą czas po rosyjsku z dołączając niemieckie końcówki (typu ich, mich, verpiss dich). Oprócz tego zniknął na dwie godziny na jednym z postojów tłumacząc, że poszedł odwiedzić ciocię. Chyba raczej jej zapasy, bo wrócił z wielkimi pakami jakichś dziwnych owoców. Drugi, Dziadek, miał bujny wąs i nie dawał sobie dmuchać w kaszę, palił mocne bez filtra zapijając Baltiką 9 (piwko co smakuje jak wódeczka). No i przede wszystkim jewo tawarisz byl w Maskwie!
2. Wtedy po raz pierwszy złapała mnie choroba lekkomyślnego turysty, co sanitizer wrzucił na dno plecaka. Na szczęście dzisiejsza medycyna czyni cuda i za przysłowiowe 9.99 wrócili mnie do życia.
3. Jeszcze do niedawna trasa ta była o połowę węższa, używana jedynie do transportów wojskowych (wtedy Khorog ze światem łączyło tylko małe lotnisko). Mijaliśmy porzucone czołgi i pola minowe. A za rzeczką (dziką i wzburzoną) był już Afganistan, można było dojrzeć przycupnięte na zboczach domki czy samotnego wędrowca z osiołkiem... Nęci, nęci.
4. Wytrzęsło nas równo. Wysiadając z auta głowę, łokcie czy kolana miałam na maksa poobijane. Do tego brak snu i do stolicy dotarliśmy totalnie wymęczeni.
Potem dowiedziałam się, że tydzień przed naszym przejazdem osunęły się tam skały i busik, pewnie taki jak i nasz, spadł i rozbił się. Zdecydowanie ta wiadomość nie była mi potrzebna wcześniej, szczególnie, że nasz kierowca nie był zwolennikiem ograniczenia prędkości do 50...
W mieście błyskawicznie dostaliśmy wizę tranzytową do Kirgistanu. Pożegnanie z O., ponieważ następnego dnia leciała już do Polski, a nam trzeba było dotrzeć szybko, szybko, szybko znowu na granicę. Krótki sen i o jakiejś chorej godzinie, koło siódmej, znowu wylądowaliśmy na kolejnym parkingu. I tam pojawił się Sponsi.
22.9.09
Dance, Pamir, dance
"Za 5-6 godzin będziemy w Khorogu" zapewniał taksiarz, "a za 40 kilometrów są gorące źródła, chcecie się wykąpać?". Pewnie, o niczym więcej nie marzyłam...
Z 40 km zrobiło się 200, z sześciu godzin dwadzieścia; przez całą drogę leciał zapętlony Jurij Shatunov, a raz samochód zdechł tak, że po pomoc lecieć musieliśmy do chińskich tirowców. Czy ma to jednak jakiekolwiek znaczenie? Na naszej drodze stanął Eltchibik, którego po wspólnie spędzonych trzech dniach żegnałam ze łzami w oczach.
Zapadał wieczór, przysypialiśmy; nagle stop - zatrzymujemy się przed wielką żelazną bramą. "To Jelaby, sanatorium, pójdę sprawdzić czy działa". Wrota otwierają się i wjeżdzamy na jakąś posesję, jest kompletnie ciemno. W światłach samochodu widać snujących się ludzi. Jestem rozespana i łapię jakieś dziwne schizy. "Bierzcie rzeczy i idziemy do środka", chodźmy więc...
Kobiety na lewo, mężczyźni na prawo, dostajemy z Olką własną lampę. Czemu nie przyszło mi na myśl, że tam po prostu nie ma elektryczności? Zanurzamy się w ciepłym basenie, cóź za przyjemność... Za moment dołącza do nas grupa roześmianych kobiet, pora na wieczorną toaletę. Potem w Lonely przeczytałam, że to jedyne miejsce w okolicy, gdzie można zażyć gorącej kąpieli... Zrelaksowani wracamy do auta.
Po (chyba) kilkugodzinnej jeździe zatrzymujemy się w jakimś domu. Znowu w półśnie, kładę się do przygotowanego posłania i zapadam w nicość.
Rano budzi mnie łypiące oko Eltchibika (a trzeba podkreślić fakt, iż jedno oko miał łypiące szczególnie). Gdzie jesteśmy? Zakopuje się pod grubą narzutą i staram się coś wymyśleć. Co chwilę przez nasz pokój przebiega młode dziewczę i miauczący kot, słychać odgłosy rozmów... W końcu wstajemy. No tak, przecież to powinno być oczywiste, woditiel zawiózł nas do swojego rodzinnego domu.
Rozpoznanie terenu - spoko, jestem w jakiejś bajce. Dom leży pod ogromną skałą, w dole szumi rwąca rzeka, wokoło niesamowite góry i ta soczysta zieleń, aż kłuje w oczy. Surma (znajoma E., jedzie z nami od samego Murghabu) woła nas na śniadanie. Siadamy w głównym, przestronnym pomieszczeniu (cechy charakterystyczne: brak okien, światło wpada przez jedyny otwór w dachu). Ściany poobwieszane są dywanami, a my rozkładamy się na drewnianych podestach. Niestety nie brakuje również telewizora, a w telewizorze - głupawego MTV... no cóż, Pamircy to bardzo nowoczesny naród również i na tym polu.
Wcale nie chce nam się wyjeżdżać, ale trzeba też kiedyś trafić do Khorogu. Czas nas goni - za trzy dni kończy nam się tadżycka wiza, a musimy jeszcze załatwić w Dushanbe kirgijską tranzytówkę. Żegnamy się z mamami, tatami, ciociami i ich potomstwem, i za kilka godzin jesteśmy już na miejscu. Po drodze nie odrywam oczu od okna - tak, mówiłam, że wcześniej było pięknie. Jednak na tamte trasie było pięknie nie do opisania, wzruszam się ogromnie i rzewnie od nadmiaru wrażeń estetycznych.
Tym razem miasto przypomina miasto, są bloki, ulice, banki i uniwersytet. Eltchibik wiezie nas na miejscowy targ. Żal, że to nie sobota - wtedy do Khorogu sciągają Afgańcy i urządzają konkurencyjny bazarek. Pamir ma jeszcze kilka innych pomysłów na zwiedzanie... Próbujemy grzecznie podziękować (brak kasy na prywatny sightseeing), wziąć plecaki i iść w siną dal, ale... "Waszym kierowcą byłem do Khorogu, teraz jesteście moimi gośćmi". Love, simply love. Jedziemy więc razem do botanicznego ogrodu, gdzie owoce można zrywać prosto z drzew a prezydent Rahmon buduje sobie daczę, zaczepiając o czaj u Surmy i w końcu lądując na obiadku u żonki (notabene tłumaczki pracującej w Afganistanie, też dla amerykańskiej tv). Atmosfera jest fantastyczna... Spać kładziemy się w altance nad rieczką, opatuleni w ciepłe pierzynki.
Rano nasz mistrz odwozi nas na postój taks i pomaga znaleźć jakiś sensowny transport (jemu skończyło się prawko i nie chce ryzykować jazdy poza GBAO). Po czterech godzinach lądujemy, déjà vu, w kitajskim Tange w doborowym towarzystwie Grubcia i Dziadka. Tylko smutek, że rozstajemy się już z Eltchibikiem...
Kierunek: Dushanbe.
Z 40 km zrobiło się 200, z sześciu godzin dwadzieścia; przez całą drogę leciał zapętlony Jurij Shatunov, a raz samochód zdechł tak, że po pomoc lecieć musieliśmy do chińskich tirowców. Czy ma to jednak jakiekolwiek znaczenie? Na naszej drodze stanął Eltchibik, którego po wspólnie spędzonych trzech dniach żegnałam ze łzami w oczach.
Zapadał wieczór, przysypialiśmy; nagle stop - zatrzymujemy się przed wielką żelazną bramą. "To Jelaby, sanatorium, pójdę sprawdzić czy działa". Wrota otwierają się i wjeżdzamy na jakąś posesję, jest kompletnie ciemno. W światłach samochodu widać snujących się ludzi. Jestem rozespana i łapię jakieś dziwne schizy. "Bierzcie rzeczy i idziemy do środka", chodźmy więc...
Kobiety na lewo, mężczyźni na prawo, dostajemy z Olką własną lampę. Czemu nie przyszło mi na myśl, że tam po prostu nie ma elektryczności? Zanurzamy się w ciepłym basenie, cóź za przyjemność... Za moment dołącza do nas grupa roześmianych kobiet, pora na wieczorną toaletę. Potem w Lonely przeczytałam, że to jedyne miejsce w okolicy, gdzie można zażyć gorącej kąpieli... Zrelaksowani wracamy do auta.
Po (chyba) kilkugodzinnej jeździe zatrzymujemy się w jakimś domu. Znowu w półśnie, kładę się do przygotowanego posłania i zapadam w nicość.
Rano budzi mnie łypiące oko Eltchibika (a trzeba podkreślić fakt, iż jedno oko miał łypiące szczególnie). Gdzie jesteśmy? Zakopuje się pod grubą narzutą i staram się coś wymyśleć. Co chwilę przez nasz pokój przebiega młode dziewczę i miauczący kot, słychać odgłosy rozmów... W końcu wstajemy. No tak, przecież to powinno być oczywiste, woditiel zawiózł nas do swojego rodzinnego domu.
Rozpoznanie terenu - spoko, jestem w jakiejś bajce. Dom leży pod ogromną skałą, w dole szumi rwąca rzeka, wokoło niesamowite góry i ta soczysta zieleń, aż kłuje w oczy. Surma (znajoma E., jedzie z nami od samego Murghabu) woła nas na śniadanie. Siadamy w głównym, przestronnym pomieszczeniu (cechy charakterystyczne: brak okien, światło wpada przez jedyny otwór w dachu). Ściany poobwieszane są dywanami, a my rozkładamy się na drewnianych podestach. Niestety nie brakuje również telewizora, a w telewizorze - głupawego MTV... no cóż, Pamircy to bardzo nowoczesny naród również i na tym polu.
Wcale nie chce nam się wyjeżdżać, ale trzeba też kiedyś trafić do Khorogu. Czas nas goni - za trzy dni kończy nam się tadżycka wiza, a musimy jeszcze załatwić w Dushanbe kirgijską tranzytówkę. Żegnamy się z mamami, tatami, ciociami i ich potomstwem, i za kilka godzin jesteśmy już na miejscu. Po drodze nie odrywam oczu od okna - tak, mówiłam, że wcześniej było pięknie. Jednak na tamte trasie było pięknie nie do opisania, wzruszam się ogromnie i rzewnie od nadmiaru wrażeń estetycznych.
Tym razem miasto przypomina miasto, są bloki, ulice, banki i uniwersytet. Eltchibik wiezie nas na miejscowy targ. Żal, że to nie sobota - wtedy do Khorogu sciągają Afgańcy i urządzają konkurencyjny bazarek. Pamir ma jeszcze kilka innych pomysłów na zwiedzanie... Próbujemy grzecznie podziękować (brak kasy na prywatny sightseeing), wziąć plecaki i iść w siną dal, ale... "Waszym kierowcą byłem do Khorogu, teraz jesteście moimi gośćmi". Love, simply love. Jedziemy więc razem do botanicznego ogrodu, gdzie owoce można zrywać prosto z drzew a prezydent Rahmon buduje sobie daczę, zaczepiając o czaj u Surmy i w końcu lądując na obiadku u żonki (notabene tłumaczki pracującej w Afganistanie, też dla amerykańskiej tv). Atmosfera jest fantastyczna... Spać kładziemy się w altance nad rieczką, opatuleni w ciepłe pierzynki.
Rano nasz mistrz odwozi nas na postój taks i pomaga znaleźć jakiś sensowny transport (jemu skończyło się prawko i nie chce ryzykować jazdy poza GBAO). Po czterech godzinach lądujemy, déjà vu, w kitajskim Tange w doborowym towarzystwie Grubcia i Dziadka. Tylko smutek, że rozstajemy się już z Eltchibikiem...
Kierunek: Dushanbe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

